Mur w głowie, czyli Schengen alla polacca

Mur w głowie, czyli Schengen alla polacca

Od 1 stycznia 2008 r. Polska ma stać się pełnoprawnym członkiem strefy Schengen, co powinno z definicji zaowocować likwidacją wszelkiej kontroli paszportowej – wjazdowej i wyjazdowej – na polskich granicach wewnętrznych Unii, czyli na granicach z Niemcami, Republiką Czeską, Słowacją i Litwą.

Rozstanie się z kontrolą graniczną, zwłaszcza wyjazdową, źródłem najwyższej słodyczy, jaką zna polski urzędnik na granicach Rzeczypospolitej, czyli opcją cedzenia przez zęby w twarz pobladłemu podróżnemu “no wicie, może was wypuścimy, a może was nie wypuścimy” wyraźnie bardzo ciężko przychodzi organom państwa.

Kiedyś polscy pogranicznicy (kalka z języka rosyjskiego, od ros. “pograniczniki”, słowo nieznane w języku polskim przed 1945 rokiem) to byli uzbrojeni po zęby żołnierze pierwszej linii, panowie życia i śmierci w strefie nadgranicznej, gotowi zamordować na miejscu lub uwięzić na długie lata każdego usiłującego opuścić PRL bez bumagi. Ukuto nawet na uciekinierów z PRL specjalne określenie “przestępca graniczny”, aby mordercy graniczni mogli twierdzić, że oni nikogo nie mordują, tylko wręcz przeciwnie, zwalczają przestępczość.

W Niemczech stanęło przed sądem przynajmniej kilku byłych funkcjonariuszy Vopo oskarżonych o morderstwo na granicy, i kilku rozkazodawców poszło za to do więzienia. Instytut Gaucka odnalazł ostatnio w archiwach jednej ze swoich filii kopię rozkazu zabijania na granicy kobiet i dzieci, więc mam nadzieję, że jeszcze jacyś prominenci NRD staną za to przed sądem. Natomiast w Polsce, o ile wiem, żaden były żołnierz lub oficer WOP PRL, również otwierających ogień na “zielonej granicy” bez większych ceregieli, nie został pociągnięty do odpowiedzialności za morderstwo uciekiniera. Być może Polacy badziej niż Niemcy akceptują tezę, że próba wyjazdu za granicę bez zgody państwa powinna być karana śmiercią?. No cóż – dawne czasy, dawna sztuka, dawna strata, w czasie (zimnej) wojny każdy dźwigał własny ciężar. Było, minęło. Ale wielu spadkobierców WOP wyraźnie nie może się pogodzić z faktem, że ‘to se ne vrati’ , poniewaź strażnicy graniczni właśnie poczuli się niedowartościowani i zagrożeni przez Schengen.

Zamiast skorzystać z niebywałej wprost okazji, zdarzającej się raz na stulecie, do dramatycznej redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym, albo uzupełnienia za jednym zamachem i bez dodatkowych wydatków wszystkich braków kadrowych policji w całym kraju, Straż Graniczna kombinuje teraz, żeby się to tak jakoś, wicie, dało zrobić, żeby te, wicie, wewnętrzne granice niby otwarte były, ale żeby one nie były takie całkiem otwarte, bo inaczej niebo się zawali na głowę państwu i jego pogranicznikom.

Dwa niedawne artykuły dokumentujące panikę w SG RP podpinam w komentarzach, zanim spadną do archiwów swoich witryn. Według kiełkującej w tych artykułach nowej polskiej myśli granicznej, Schengen to jest zagrożenie z zachodu.

http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=55308

http://biznes.interia.pl/news/pora-na-schengen-busy,959159

Polska strategia schengeńska ma być zatem taka, że i Brukseli świeczkę, i czapce z daszkiem i orzełkiem ogarek. Tak, żeby zmieniło się jak najmniej, a SG RP mogła kontynuować tradycje Wojsk Ochrony Pogranicza. Nie bacząc na to, że to nie jest bynajmniej kultura otwierania granic, tylko kultura kluczników szlabanu, fachowców od trzymania własnej ludności siłą w granicach własnego terytorium.

Stawiam dobre piwo w słowackim vyčapie zaraz za Łysą Polaną, że Straż Graniczna RP będzie walczyć do ostatniego strażnika przeciwko zaprowadzeniu porządku granicznego, w którym polski taternik mógłby przekroczyć granicę polsko-słowacką w Tatrach gdzie mu się spodoba, powspinać się po słowackiej stronie, zejść do Popradskiego Plesa, zjeść tam obiad, napić sie piwa i przenocować, a następnego dnia wrócić do Morskiego Oka przez Przełęcz pod Chłopkiem, nie opowiadając się z tej międzynarodowej podróży żadnemu umundurowanemu kretynowi.

Tak było w Tatrach przed II wojną światową, i tak według przepisów unijnych ma być w Schengen. Granica polsko-słowacka w Tatrach lub polsko-czeska w Sudetach ma być tak samo niedostrzegalna, jak australijsko-włoska w Tyrolu czy francusko-włoska w Alpach. Ale wygląda na to, że nie będzie, bo Straż Graniczna położy sie w poprzek ścieżki i będzie wyć nieludzkim głosem, że nikak niet, nie nużno i nie nada, bo anarchia, terroryzm, podejrzani cudzoziemcy, szmugiel, broń masowej zagłady, przemyt dzieł sztuki, wstrząsanie podstawami bytu państwowego etc. etc., wszystko jedno, czy do sensu, byle głośno. Będą to robić, bo taki reżim graniczny przeczy wszystkiemu, o co walczyli polscy pogranicznicy przez ostatnie dwa pokolenia.

Furda, że niepotrzebnych już nikomu strażników z zachodnich i południowych granic RP jest prawie dokładnie tylu, ilu polskiej policji brakuje funkcjonariuszy.

Furda, że SG i policja to są dwie służby mundurowe podległe temu samemu MSW, więc przynajmniej teoretycznie strażnicy graniczni mogą zostać przeniesieni do policji jednym pociągnieciem pióra – naturalnie z opcją rezygnacji ze służby.

Furda, że we Francji i Włoszech w wyniku Schengen na zieloną trawkę puszczono tysiące zbędnych funkcjonariuszy niepotrzebnych jednostek granicznych Gendarmerie Nationale i Guardia di Finanza.

Furda, że Niemcy skorzystały z Schengen aby zreformować straż graniczną (Bundesgrenzchutz) i przekształcić ją od 2005 roku w policję federalną (Bundespolizei), o obowiązkach zasadniczo zmienionych i daleko szerszych niż graniczne łapanki.

Bundespolizei, dawniej Bundesgrenzschutz, to obecnie morska straż przybrzeżna z jednostkami patrolowymi i ratowniczymi, ochrona budynków urzędów państwowych i ambasad państw obcych w Niemczech, jednostki szybkiego reagowania typu ZOMO interweniujące w razie rozruchów, ochrona lotnisk i dworców kolejowych, elitarna jednostka antyterrorystyczna GSG 9, uzbrojeni strażnicy umieszczani w miarę potrzeby po cywilnemu na pokładach samolotów pasażerskich (sky marshals), jednostki policyjne biorące udział w międzynarodowych operacjach ONZ (Kosowo, Sudan, Liberia, Afganistan, strefa Gazy, Mołdawia, Gruzja), funkcjonariusze delegowani na lotniska krajów pozaeuropejskich, doradzający liniom lotniczym jak rozpoznawać fałszywe dokumenty i nie dopuszczać na pokłady samolotow azylantów szwarcujących się do Niemiec ze sfałszowanymi papierami, ochroniarze dla niemieckich ambasad w krajach, gdzie ambasady potrzebują uzbrojonej ochrony, oraz państwowe ratownictwo helikopterowe interweniujące w razie poważnych wypadków, katastrof i klęsk żywiołowych.

To wszystko polska Straż Graniczna też mogłaby robić, ale Straż nie chce. Albo się Straży nie chce, albo Straż nie umie, albo jej się nie opłaca, albo jest jej za zimno, albo za gorąco, albo faza Księżyca jest niewłaściwa. A w gruncie rzeczy chodzi o to, że to wszystko to jest poniżej godności prawdziwego pogranicznika, który jest od tego, żeby wróg z kraju nie uciekł.

Pilnować ambasad w Warszawie, albo rozpędzać manifę feministek jest, zdaje się, widziane jako degradacja przez każdego, kto pamięta jak było, kiedy tatuś przyszedł rano do domu i opowiedział, jak zastrzelił faceta próbujacego nocą przepłynąć Odrę, albo kto wie z własnego doswiadczenia jak fajnie było zawracać taterników znad Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, bo to strefa nadgraniczna.

Nad tym stawem to dopiero było zwycięstwo suwerenności granicznej! Na pewno gdzieś w jakiejś Izbie Pamięci wiszą w gablocie pożółkłe zdjęcia z tych ważnych operacji, z wyciętymi z tektury literami “na orlej perci”, albo coś w tym rodzaju. Czujność WOP zmuszała wtedy wyjątkowo złośliwych przestępców granicznych, maskujących się jako miłośnicy wspinaczki, do wstawania wcześnie i chodzenia spać późno, aby zdążyć wyjść w góry przed postawieniem dzielnych bojców na ścieżce, a wrócić dopiero po ich odejściu na kolację i szkolenie z politrukiem strażnicy na Łysej Polanie. Zysk państwa z czujności organów ochrony pogranicza czających się w kosodrzewinie nad Czarnym Stawem był taki, że niewyspany wróg miał mniej czasu na knucie przeciw PRL.


Dziś jest wymarzona okazja, by przestać pilnować Rysów, strażników posłać do domu, a w byłej strażnicy na Łysej Polanie zrobić góralską knajpę albo schronisko. Tylko że Straż Graniczna RP wcale nie chce przenieść swoich strażników tam, gdzie są potrzebni i gdzie w zamyśle Unii mają być, czyli na polskie granice zewnętrzne Unii – z Federacją Rosyjską, Białorusią i Ukrainą, choć tam mogliby dalej robić wszystko, co cieszy serce prawdziwego wopisty. Straż duma, jaki by tu wynaleźć sobie profil działalności, żeby zostało mniej więcej tak jak było, to jest, żeby im Bruksela nie pluła w twarz, a słowo Straży dalej bylo prawem w promieniu 15km od każdej granicy, a w miarę możliwości nawet dalej.

Straż Graniczna zapewne liczy na moralne poparcie Frontexu, unijnej agencji ochrony granic, ponieważ mieści się ona w Warszawie. Ja bym na to zanadto nie liczył. Przeciwnie, myślę że Frontex polapie się błyskawicznie, jeśli po 1 stycznia 2008 roku kontrola graniczna na granicach wewnętrznych, ktora miała być rozmontowana, faktycznie pozostanie na miejscu. Frontexem kieruje doświadczony Fin w stopniu pułkownika fińskiej straży granicznej, który swego czasu dowodził na granicy radzieckiej, więc jest obeznany z konceptami ochrony granic opartymi na myśli Feliksa Dzierżyńskiego. Ilkka Laitinen nie jest rownież skłonny do dziecinnej łatwowierności, w myśl której wszystkie wilki od 4 czerwca 1989 roku żywią się jedynie trawą – warszawski Frontex posiada komórkę bezpieczeństwa (elegancki eufemizm kontrwywiadu), a agencja wyprowadziła się z biur wspaniałomyślnie zaoferowanych jej w 2005 roku przez polskie MSW i wynajęła sobie własne. Ciekawe, dlaczego unijna agencja w unijnej stolicy potrzebuje personelu osłony kontrwywiadowczej oraz biur, które może sama dokładnie przeszukać?

O egzystencji muru granicznego w głowach polskich pograniczników najlepiej świadczy zabawa, jaka sobie znalazła polska Straż Graniczna w Tatrach w 2006 roku. Dzielni bojcy wzięli się mianowicie za turystów w schroniskach tatrzańskich, wymierzajac mandaty i kierując do sądu grodzkiego sprawy o brak zameldowania w strefie nadgranicznej, bo przecie niezameldowany turysta mógłby przez granicę uciec. Nic nie szkodzi, że na Słowację, przez otwartą granicę wewnątrzunijną.


http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,68586,3410493.html


Podstawa prawna? D
ekret z 23 marca 1956 r. o ochronie granic państwowych, przepisany prawie w całości do ustawy z 12 października 1990 r. o ochronie granicy państwowej.

(“Strefa nadgraniczna obejmuje cały obszar gmin przyległych do granicy państwowej, a na odcinku morskim – do brzegu morskiego. Jeżeli określona w ten sposób szerokość strefy nadgranicznej nie osiąga 15 km, włącza się do strefy nadgranicznej również obszar gmin bezpośrednio sąsiadujących z gminami przyległymi do granicy państwowej lub brzegu morskiego (…)Minister właściwy do spraw wewnętrznych określi, w drodze rozporządzenia, warunki uprawiania turystyki, sportu, polowań i połowu ryb w strefie nadgranicznej, uwzględniając w szczególności możliwość wprowadzenia stałych lub czasowych ograniczeń w zakresie korzystania z wód granicznych oraz nałożenia obowiązku powiadomienia organów Straży Granicznej o planowanych czynnościach.”).

Biedne chłopaki… przedtem mogli decydować nawet o łowieniu ryb, a dziś pilnie im potrzebna złota rybka, ta od spełniania życzeń, by ich ocalić od zsyłki na Syberię, czyli polską granicę wschodnią.

komentarze (12)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s